
Jak Gdynia przespała moment, w którym trzeba było rozmawiać?
Od kilku dni wiemy, że przyszły związek metropolitalny na Pomorzu ma nosić nazwę „Gdański Obszar Metropolitalny”. Ma rozpocząć działalność 1 stycznia 2027 roku i objąć 61 samorządów.
Reklama
Radni Koalicji Obywatelskiej, Ruchów Miejskich i Lewicy tracą swoje "stołki" w miejskich komisjach, radach i innych strukturach, a w ich miejsce pojawiają się przedstawiciele nowej większości w Radzie Miasta.

Radni Koalicji Obywatelskiej, Ruchów Miejskich i Lewicy tracą swoje "stołki" w miejskich komisjach, radach i innych strukturach, a w ich miejsce pojawiają się przedstawiciele nowej większości w Radzie Miasta. Na ostatniej sesji zmieniono między innymi skład przedstawicieli w Muzeum Emigracji, Muzeum Miasta Gdyni, Radzie Społecznej przy Miejskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego oraz Zgromadzeniu Komunalnego Związku Gmin „Dolina Redy i Chylonki”.
Oczywiście pojawił się lament i trudno się temu właściwie dziwić. Nikt przecież specjalnie nie cieszy się, kiedy traci stanowisko, funkcję czy możliwość reprezentowania miasta w komisjach. Moje zdziwienie zaczęło się jednak wtedy, kiedy politycy zaczynają przedstawiać takie zmiany tak, jakby właśnie wydarzyło się coś absolutnie nadzwyczajnego i niespotykanego w samorządzie. A nie jest.
Kiedy zmienia się układ polityczny, zmieniają się również ludzie, których ten układ deleguje do różnych instytucji i przedstawicielstw. Tak działa polityka. Czy zawsze powinno tak być? To już zupełnie inne pytanie. Jednak udawanie, że właśnie odkryliśmy zjawisko politycznej wymiany stanowisk, byłoby dość zabawne. Zwłaszcza w Gdyni.
Wystarczy cofnąć się o kilka lat, by przypomnieć sobie, że po zmianie władzy również przedstawiciele wcześniejszego układu musieli pogodzić się z utratą części swoich funkcji. Pretensje były wtedy podobne. Teraz sytuacja się odwróciła i żal mają ci, którzy jeszcze niedawno sami byli częścią układu rozdającego karty.
Szczególnie interesujące jest zdanie jednego z radnych KORMiL-u, który przypomniał, że w poprzednim okresie odwoływano z różnych zgromadzeń przede wszystkim osoby, które przestały być radnymi albo same chciały zrezygnować. Można oczywiście dyskutować, czy obecne decyzje są uzasadnione w każdym konkretnym przypadku, ale trudno jednocześnie twierdzić, że sama zasada wymiany przedstawicieli po zmianie politycznego układu jest czymś nowym albo wyjątkowym. To trochę jak w samorządowej wersji gry w muzyczne krzesła - dopóki muzyka gra, wszyscy siedzą. Kiedy się zatrzymuje, okazuje się, że krzeseł jest mniej niż chętnych. A po zmianie układu ktoś musi wstać, żeby ktoś inny mógł usiąść. Tylko czy tak powinno wyglądać zarządzanie miejskimi instytucjami?
Tutaj dochodzimy do pytania, czy miejsce w Radzie Muzeum, zgromadzeniu związku komunalnego czy innym miejskim gremium powinno być nagrodą za przynależność do konkretnego ugrupowania? Czy raczej powinno być miejscem dla osoby, która ma coś do powiedzenia, zna temat i jest w stanie rzeczywiście reprezentować interes miasta?
Jeżeli zmiana przedstawiciela wynika wyłącznie z tego, że zmieniła się polityczna większość, trudno mówić o merytorycznym podejściu. Z drugiej strony trudno też wymagać od nowego układu, żeby przez całą kadencję utrzymywał w swoich gremiach ludzi delegowanych przez poprzednią większość, jeśli polityczne porozumienie właśnie przestało istnieć. To jest właśnie paradoks samorządu.
Z jednej strony chcielibyśmy, żeby instytucje miejskie były możliwie apolityczne i działały stabilnie niezależnie od tego, kto akurat ma większość. Z drugiej strony część gremiów jest z definicji obsadzana przez radę miasta i stanowi element politycznej reprezentacji. Jeśli zmienia się większość, zmiana przedstawicieli jest więc czymś naturalnym. Pytanie brzmi nie „czy wymieniać?”, tylko po co wymieniać? Jeżeli po to, żeby do konkretnej instytucji trafiła osoba lepiej przygotowana, bardziej zaangażowana albo mająca większą wiedzę w danym obszarze - trudno mieć z tym problem. Jeżeli jednak jedynym kryterium jest przynależność klubowa, mamy do czynienia nie z poprawą funkcjonowania miasta, ale ze zwykłą polityczną rotacją. A tej w Gdyni w ostatnich dwóch i pół roku naprawdę nie brakuje.
Wystarczy spojrzeć na ostatnie wydarzenia, najpierw rozpad koalicji Kosiorek–KORMiL, potem odwołanie przewodniczącego Rady Miasta, zmiana na stanowisku przewodniczącej, rezygnacje i zmiany na stanowiskach związanych z KORMiL-em, a teraz kolejne roszady w miejskich gremiach. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Gdynia coraz częściej zajmuje się samą konstrukcją swojej władzy, zamiast tym, co ta władza ma zrobić.
Oczywiście, zmiana przedstawiciela w Radzie Muzeum nie zatrzyma budowy drogi. Odwołanie radnego ze zgromadzenia związku komunalnego nie spowoduje, że autobus przestanie jeździć. Problem jest gdzie indziej. Jeżeli przez dwa i pół roku mieszkańcy regularnie obserwują kolejne zmiany personalne wynikające z politycznych przetasowań, zaczynają zadawać całkiem rozsądne pytanie: czy w tym wszystkim chodzi jeszcze o sprawne zarządzanie miastem, czy przede wszystkim o to, kto aktualnie ma swoich ludzi w odpowiednich miejscach?
Nie każda zmiana personalna jest zła, ale nie każda jest też dobra. Sam fakt, że ktoś został powołany przez poprzednią większość, nie oznacza przecież, że powinien pełnić swoją funkcję do końca świata. Równie absurdalne byłoby założenie, że wraz ze zmianą politycznego układu nagle wszyscy ludzie poprzedniej ekipy tracą kompetencje, które przecież nie zmieniają się wraz z wynikiem głosowania.
Tego chyba najbardziej brakuje mi w tej całej historii. Rozmowy o tym, kto jest najlepszą osobą do wykonania konkretnej pracy, zamiast rozmowy o tym, kto jest „nasz”, a kto „ich”. Jeśli każda kolejna zmiana większości oznacza czyszczenie kolejnych gremiów i zastępowanie jednych radnych innymi, to po czterech latach możemy mieć w Gdyni nie tylko nową władzę, ale również całkiem pokaźną kolekcję osób, które w ciągu jednej kadencji zdążyły być członkami kilku różnych miejskich gremiów. A to już nie jest szczególnie dobry znak.
Nie dlatego, że ktoś traci stanowisko, polityka jest zmienna i stanowiska są jej częścią. Problem pojawia się wtedy, kiedy personalna roszada staje się jednym z głównych przejawów zmiany władzy. Mieszkańcy wybierają radnych i prezydenta nie po to, żeby co kilka miesięcy oglądać kolejną wersję politycznej układanki. Wybierają ich po to, żeby ktoś przez cztery lata zrobił coś konkretnego dla miasta.
Może warto byłoby wreszcie sprawdzić, czy w Gdyni przy kolejnej zmianie układu będziemy wymieniać przede wszystkim ludzi, czy jednak pomysły na miasto. Stanowiska można zmienić w jeden wieczór, ale kompetentnych ludzi znacznie trudniej znaleźć.
Reklama
Reklama
Reklama

Od kilku dni wiemy, że przyszły związek metropolitalny na Pomorzu ma nosić nazwę „Gdański Obszar Metropolitalny”. Ma rozpocząć działalność 1 stycznia 2027 roku i objąć 61 samorządów.

Gdynia ma przecież czym się pochwalić, są dwie państwowe uczelnie, jest gdyńska obecność Uniwersytetu Gdańskiego, są uczelnie niepubliczne.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatni ruch otoczenia pani prezydent nie był elementem przemyślanej strategii, lecz raczej gwałtowną reakcją na narastający kryzys