
Gdynia studencka. Czy młodzi mają tu swoje miejsce?
Gdynia ma przecież czym się pochwalić, są dwie państwowe uczelnie, jest gdyńska obecność Uniwersytetu Gdańskiego, są uczelnie niepubliczne.
Reklama
Od kilku dni wiemy, że przyszły związek metropolitalny na Pomorzu ma nosić nazwę „Gdański Obszar Metropolitalny”. Ma rozpocząć działalność 1 stycznia 2027 roku i objąć 61 samorządów.

Od kilku dni wiemy, że przyszły związek metropolitalny na Pomorzu ma nosić nazwę „Gdański Obszar Metropolitalny”. Ma rozpocząć działalność 1 stycznia 2027 roku i objąć 61 samorządów. W Gdyni szybko pojawiły się głosy sprzeciwu. Trudno się temu dziwić.
W 2015 roku wypracowano kompromis, którego efektem była nazwa „Obszar Metropolitalny Gdańsk-Gdynia-Sopot”. Miała ona podkreślać wspólny charakter projektu i trzy miasta tworzące jego miejski rdzeń. Można oczywiście powiedzieć, że nazwa jest tylko nazwą. Tyle że w polityce nazwy bywają symbolami. Pokazują, jak rozkładamy akcenty i kto jest postrzegany jako gospodarz projektu. Gdańsk ma oczywiście swoje argumenty. Aleksandra Dulkiewicz przekonuje, że europejskie obszary metropolitalne często noszą nazwy głównych miast, a silna marka może służyć całemu regionowi. To argument, z którym można dyskutować, ale problemem jest jednak coś innego.
Jeszcze w sierpniu wszystkie 61 samorządów rozpoczęło formalny proces tworzenia związku. Uczestniczyła w nim również prezydent Gdyni Aleksandra Kosiorek. Tymczasem 6 października pojawia się informacja o „Gdańskim Obszarze Metropolitalnym”. Według relacji Jakuba Ubycha na wcześniejszych spotkaniach informacyjnych taka propozycja nie była przedstawiana. Nie wiem, czy odbywały się jakieś zakulisowe rozmowy ani czy Gdynia mogła skutecznie zablokować tę propozycję. Tego z dostępnych informacji nie da się uczciwie stwierdzić. Wiemy natomiast, że polityka samorządowa nie zaczyna się na sesji rady miasta. Najważniejsze decyzje często zapadają wcześniej – podczas spotkań, rozmów, negocjacji i budowania poparcia. To właśnie tam trzeba być, bo nieobecni głosu nie mają.
Dlatego oburzenie mieszkańców i części samorządowców było całkowicie zrozumiałe. Tym bardziej, że sprawa okazała się jednak nie być przesądzona. Dzisiaj Walne Zgromadzenie Członków ogłosiło, że odbędzie się głosowanie i zaproponowano dwie możliwości: „Gdański Obszar Metropolitalny” oraz „Obszar Metropolitalny Gdańsk-Gdynia-Sopot”. Czyli jednak można było rozmawiać.
Nie chodzi już tylko o to, że ktoś zaproponował nazwę, która nie podoba się Gdyni. Chodzi o sposób prowadzenia całego procesu. Jeżeli ostatecznie potrzebne są dwie propozycje, to znaczy, że pierwsza nie była przecież jedynym możliwym rozwiązaniem. W 2015 roku udało się usiąść przy jednym stole i znaleźć rozwiązanie. Dzisiaj mamy ustawę metropolitalną, perspektywę setek milionów złotych i instytucję, która będzie miała realny wpływ na transport, inwestycje i rozwój Pomorza. Tym bardziej powinniśmy zacząć od podstawowej zasady: partnerów informuje się i przekonuje przed podjęciem decyzji, a nie wtedy, kiedy decyzja jest już gotowa do ogłoszenia.
Być może ostatecznie większość wybierze „Gdański Obszar Metropolitalny”, być może pozostanie obecna nazwa. To rozstrzygnie głosowanie. Problemem wcale nie jest to, że metropolia będzie „gdańska”, tyko że Gdynia najwyraźniej pojawiła się przy stole wtedy, kiedy ktoś już zaczął zbierać talerze. To powinno być dla naszych włodarzy ważniejszą lekcją niż sam spór o nazwę.
Reklama
Reklama
Reklama

Gdynia ma przecież czym się pochwalić, są dwie państwowe uczelnie, jest gdyńska obecność Uniwersytetu Gdańskiego, są uczelnie niepubliczne.

Radni Koalicji Obywatelskiej, Ruchów Miejskich i Lewicy tracą swoje "stołki" w miejskich komisjach, radach i innych strukturach, a w ich miejsce pojawiają się przedstawiciele nowej większości w Radzie Miasta.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatni ruch otoczenia pani prezydent nie był elementem przemyślanej strategii, lecz raczej gwałtowną reakcją na narastający kryzys