← Strona główna

Reklama

Miasto

Gdynia po koalicji. Kto tu właściwie ma plan?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatni ruch otoczenia pani prezydent nie był elementem przemyślanej strategii, lecz raczej gwałtowną reakcją na narastający kryzys

Gdynia po koalicji. Kto tu właściwie ma plan?

W gdyńskiej polityce właśnie zakończył się kolejny etap eksperymentu, który od początku wyglądał na konstrukcję trudną do utrzymania. Prezydent Aleksandra Kosiorek zerwała współpracę z KORMiL-em, czyli Koalicją Obywatelską, Ruchami Miejskimi i Lewicą. W ślad za tym ze stanowiskiem pożegnał się przewodniczący Rady Miasta Tadeusz Szemiot, a dotychczasowa większość przestała być oczywistą podstawą miejskiego rządzenia.

Można oczywiście uznać, że koalicja się zużyła, że różnice zdań stały się zbyt duże, a dalsza współpraca nie miała już sensu. Można też przyjąć argument prezydent, że radni próbowali ingerować w kompetencje władzy wykonawczej. KORMiL przedstawia natomiast zupełnie inną wersję wydarzeń - według Tadeusza Szemiota problemem miały być przede wszystkim brak komunikacji, brak spotkań i niezadowolenie z tempa realizacji miejskich inwestycji.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatni ruch otoczenia pani prezydent nie był elementem przemyślanej strategii, lecz raczej gwałtowną reakcją na narastający kryzys. Zamiast pokazać mieszkańcom konkretny plan na dalsze funkcjonowanie miasta, zaserwowano polityczne trzęsienie ziemi, zmianę przewodniczącego Rady Miasta i kolejną odsłonę sporu o to, kto jest winny.

W polityce takie ruchy bywają bardzo wygodne. Przez kilka dni wszyscy rozmawiają o koalicji, stanowiskach, głosowaniach i personalnych rozgrywkach. Znikają natomiast pytania o to, dlaczego inwestycje są przesuwane, dlaczego projekty transportowe nie ruszają zgodnie z zapowiedziami i dlaczego mieszkańcy coraz częściej słyszą o problemach proceduralnych zamiast o efektach.

Trudno nie zauważyć, że polityczny kryzys prezydent i KORMiL-u bardzo szybko stał się okazją do rozwiązania innego problemu - pozbycia się przewodniczącego, który najwyraźniej nie wszystkim był po drodze. I tak, przy okazji rozpadu koalicji, zmieniło się również kierownictwo Rady Miasta. Formalnie wszystko odbyło się zgodnie z procedurą. Politycznie trudno jednak nie odnieść wrażenia, że jedno wydarzenie zostało wykorzystane do przeprowadzenia drugiego.

Tylko co dalej?

Prezydent Aleksandra Kosiorek zapowiedziała, że nie będzie już zawierać nowych koalicji, a przy poszczególnych uchwałach będzie szukać poparcia wśród różnych klubów. Brzmi to jak próba odzyskania samodzielności, ale w praktyce oznacza zarządzanie miastem bez trwałego zaplecza w Radzie Miasta. Każda ważniejsza uchwała będzie wymagała osobnych rozmów, negocjacji i przekonywania radnych.

A to nie jest szczególnie stabilny model funkcjonowania samorządu. Szczególnie gdy przed miastem stoją decyzje budżetowe, inwestycyjne i organizacyjne, których nie da się podejmować wyłącznie na zasadzie doraźnych porozumień. Brak stałej większości nie musi automatycznie oznaczać paraliżu, ale znacząco zwiększa ryzyko politycznej blokady. Najbardziej oczywistym polem konfliktu będzie budżet miasta, dokument, bez którego trudno mówić o sprawnym planowaniu kolejnych inwestycji i normalnym funkcjonowaniu miejskich jednostek.

W tym wszystkim najbardziej brakuje odpowiedzi na podstawowe pytanie: jaki jest plan? Nie plan na przetrwanie najbliższej sesji. Nie plan na znalezienie kilku głosów przy konkretnej uchwale. Nie plan na polityczne rozliczenie poprzednich partnerów. Tylko plan na Gdynię. Bo jeśli zerwanie koalicji ma być początkiem nowego otwarcia, mieszkańcy powinni wiedzieć, co dokładnie się teraz zmieni. Które inwestycje zostaną przyspieszone? Które problemy zostaną rozwiązane? Jak miasto zamierza budować większość dla budżetu? Kto będzie odpowiadał za decyzje, skoro dotychczasowi partnerzy stali się przeciwnikami?

Na razie wygląda to raczej jak próba przykrycia wcześniejszych niepowodzeń nowym konfliktem. Zamiast rozmowy o efektach mamy rozmowę o koalicji. Zamiast dyskusji o mieście, dyskusję o tym, kto kogo odwołał i kto z kim nie chce już siedzieć przy jednym stole.

Gdynia potrzebuje dziś mniej politycznego teatru, a więcej przewidywalności. Potrzebuje inwestycji, decyzji i odpowiedzialności a tymczasem otrzymuje kolejną odsłonę lokalnej wojny, po której trudno wskazać zwycięzcę, za to bardzo łatwo wskazać tych, którzy będą musieli poczekać. Mieszkańcy.

fot. gdynia.pl

Reklama

Najnowsze wpisy

Wszystkie wpisy →