← Strona główna

Reklama

Miasto / Polityka

Ruchy miejskie i partie polityczne? To nie mogło się udać

Gdynia ma dziś polityczną konstrukcję, w której KORMiL współrządzi miastem, a jednocześnie coraz mocniej punktuje prezydent i środowisko, z którego się wywodzi. Po drugiej stronie mamy pozostałości Gdyńskiego Dialogu, które próbują utrzymać własną polityczną tożsamość.

Ruchy miejskie i partie polityczne? To nie mogło się udać

Są związki, które od początku wydają się trochę dziwne. Jak połączenie ogórka kiszonego z czekoladą. Można oczywiście spróbować, być może nawet komuś będzie smakowało, ale trudno się później dziwić, że kucharz ma problem z wyjaśnieniem, co właściwie podał. Mam podobne wrażenie, kiedy patrzę na gdyńską politykę i mariaż ruchów miejskich z partiami politycznymi.

Ruchy miejskie powstały przecież jako odpowiedź na partyjną politykę. Miały zajmować się tym, co jest blisko mieszkańców: przestrzenią publiczną, transportem, zielenią, mieszkalnictwem, planowaniem przestrzennym czy po prostu codziennymi problemami miasta. Ich siłą miała być niezależność od partyjnych struktur i możliwość powiedzenia władzy: „Hej, coś tutaj jest nie tak”. To naprawdę potrafi działać.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy ruch miejski przestaje być ruchem miejskim, a zaczyna być elementem politycznej układanki. Bo partia polityczna ma trochę inne zasady gry, ma swoje struktury, swoich wyborców i swoje interesy.

Gdynia jest eksperymentem

W ostatnich wyborach samorządowych wygrał Gdyński Dialog – szerokie środowisko, które połączyło ludzi o różnych poglądach i politycznych doświadczeniach, a wywodząca się z Gdyńskiego Dialogu Aleksandra Kosiorek została prezydentem miasta. To miała być alternatywa dla tradycyjnego podziału partyjnego i przez chwilę rzeczywiście wyglądało to interesująco.

Potem jednak przyszedł moment, w którym okazało się, że szeroka koalicja ludzi, których łączy przede wszystkim przekonanie, że Gdynia potrzebuje zmiany, niekoniecznie jest równie łatwa do utrzymania przy podejmowaniu konkretnych decyzji. Gdyński Dialog zaczął się rozpadać jak czerstwe croissanty.

Po drugiej stronie mamy KORMiL, czyli Koalicję Obywatelską, Ruchy Miejskie i Lewicę. Sama nazwa brzmi trochę jak przepis z gatunku: „Weźmy partię, dodajmy ruchy miejskie, dorzućmy lewicę i zobaczymy, co z tego wyjdzie”. No właśnie, wyszedł trochę za kwaśny bigos.

Problem nie polega na tym, że ludzie o różnych poglądach nie mogą ze sobą współpracować a samorząd właśnie na tym powinien polegać. Kiedy próbujemy połączyć kwaśny bigos i czerstwe croissanty nie spodziewajmy się wybornego smaku i doznań estetycznych.

Aktywista miejski może powiedzieć: „Zróbmy buspas”, i bardzo dobrze. Buspas może poprawić funkcjonowanie komunikacji, skrócić czas przejazdu i zachęcić część mieszkańców do pozostawienia samochodu w domu. Kiedy zaczyna się rządzenie, pojawia się kolejne pytanie: gdzie ten buspas dokładnie powstanie, co stanie się z istniejącymi miejscami parkingowymi, ile będzie kosztowała przebudowa ulicy, czy jest gotowy projekt, czy są pieniądze, czy można zdobyć dofinansowanie i kiedy właściwie można rozpocząć prace. To samo z drogami rowerowymi, zielenią, transportem publicznym czy inwestycjami w przestrzeń miejską. Aktywizm pozwala powiedzieć: „Zróbmy to”, rządzenie wymaga jeszcze odpowiedzi na pytanie: „Jak?”. Tutaj zaczyna się zderzenie z rzeczywistością.

Budżet Gdyni na 2027 rok

Dobrym przykładem jest ostatnia dyskusja dotycząca zmian w budżecie miasta. Jeden z radnych KORMiL-u publicznie wyraził zdziwienie propozycjami zmian. Wydatki inwestycyjne mają zostać zmniejszone o około 79 milionów złotych, z czego ponad 50 milionów dotyczyło projektów współfinansowanych ze środków unijnych.

Wśród przesuwanych lub ograniczanych inwestycji znalazły się między innymi projekty związane ze zrównoważoną mobilnością, drogami rowerowymi czy buspasami. W przypadku ulicy Wielkopolskiej mowa była o zmniejszeniu wydatków o prawie 9,8 miliona złotych. Przy Placu Konstytucji – o ponad 10 milionów. Kolejne 3,7 miliona dotyczyło przebudowy układu ulic Władysława IV–Wójta Radtkego–3 Maja, w ramach której planowano między innymi buspasy. Do tego dochodzą inne projekty transportowe, inwestycje związane z komunikacją trolejbusową czy projekty Budżetu Obywatelskiego, na które również przesuwane są środki.

Nie zamierzam tutaj rozstrzygać, czy każda z tych zmian jest błędem. Część może wynikać z opóźnień, procedur, problemów technicznych, braku gotowości inwestycji czy zwyczajnego przesunięcia harmonogramów. Budżet miasta nie jest przecież listą życzeń, którą wystarczy przegłosować, żeby następnego dnia na ulicy pojawiła się koparka. Ciekawsze jest coś innego.

Jeszcze niedawno środowiska miejskie bardzo mocno naciskały na rozwój transportu publicznego, alternatyw dla samochodu, nowe drogi rowerowe czy zmiany w przestrzeni publicznej. Dzisiaj część tych środowisk jest elementem politycznego układu współrządzącego miastem i nagle okazuje się, że realizacja tych samych postulatów wygląda zupełnie inaczej.

To jest właśnie moment, w którym kończy się komfort bycia recenzentem, a zaczyna odpowiedzialność za decyzje.

Ruch miejski może być skuteczny właśnie dlatego, że nie musi brać odpowiedzialności za wszystko. Skupia się na jednym problemie, naciska, protestuje i mówi głośno, kiedy coś jest źle. Partia, która współrządzi miastem, nie ma już tego komfortu. Od tej chwili musi odpowiadać nie tylko za to, czego chce, ale również za to, czego zrobić się nie udało. Tutaj dochodzimy do najciekawszej części całej historii.

Koalicja w koalicji

KORMiL jest częścią większości rządzącej miastem. Ma swoich przedstawicieli wśród wiceprezydentów i miejskich dyrektorów. Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że główna linia politycznego konfliktu przebiega pomiędzy KORMiL-em a prezydent Aleksandrą Kosiorek i pozostałościami Gdyńskiego Dialogu, z którymi tworzą większość w Radzie Miasta.

Z jednej strony mamy środowisko, które współtworzy miejską władzę i ma wpływ na jej funkcjonowanie, z drugiej – jego radnych, którzy coraz częściej publicznie punktują decyzje prezydent. Jeszcze ciekawsze jest to, że część tych osób wywodzi się przecież z ruchów miejskich, które miały być alternatywą dla partyjnej polityki. Dzisiaj zamiast patrzeć władzy na ręce, siedzą przy tym samym stole. Czasami wygląda to tak, jakby bardziej interesowało ich to, kto przy tym stole siedzi po drugiej stronie.

Mieszkańca średnio interesuje, kto z kim jest w koalicji. Chce wiedzieć, kiedy powstanie droga, tunel czy buspas. Kiedy zostanie zrealizowany projekt Budżetu Obywatelskiego albo przebudowane skrzyżowanie. Dlaczego coś, co miało być zrobione, znowu się przesuwa. Tutaj tkwi największy problem mariażu ruchów miejskich z polityką partyjną.

Ruch miejski może być bardzo dobrym narzędziem nacisku na władzę. Może wskazywać problemy, proponować rozwiązania i pilnować, czy ktoś je rzeczywiście realizuje. Kiedy sam staje się częścią władzy, sytuacja się zmienia. Nagle trzeba nie tylko mówić, czego chcemy, ale również tłumaczyć, dlaczego czegoś nie zrobiliśmy. A to już zupełnie inna rola.

Dlatego szkoda mi ruchów miejskich, kiedy próbują za wszelką cenę zostać jakąś formą partii. Tracą coś, co było ich największą siłą – niezależność. Zamiast być zewnętrznym recenzentem władzy, stają się jednym z jej elementów. Wtedy znacznie trudniej jednocześnie być jej krytykiem.

Gdynia ma dziś polityczną konstrukcję, w której KORMiL współrządzi miastem, a jednocześnie coraz mocniej punktuje prezydent i środowisko, z którego się wywodzi. Po drugiej stronie mamy pozostałości Gdyńskiego Dialogu, które próbują utrzymać własną polityczną tożsamość. Wszystko to dzieje się pod szyldem współpracy, podczas gdy mieszkańcy próbują przede wszystkim zrozumieć, kto właściwie odpowiada za to, co dzieje się w mieście.

Może więc problem nie polega na tym, że ruchy miejskie są zbyt mało polityczne, może przeciwnie – problem zaczyna się wtedy, kiedy stają się polityczne aż za bardzo.

fot. AGENCJA wyborcza.pl

 

Reklama

Najnowsze wpisy

Wszystkie wpisy →
Miasto / Marketing
Sto lat Gdyni. I tyle zostało z wielkiej kulminacji?

Sto lat Gdyni. I tyle zostało z wielkiej kulminacji?

Kulminacja obchodów 100-lecia Gdyni miała być wyjątkowym wydarzeniem. Tymczasem ogłoszenie sanah zaledwie 10 dni przed koncertem, ograniczony dostęp dzięki Karcie Mieszkańca i wcześniejsze zapowiedzi międzynarodowej gwiazdy pozostawiają więcej pytań niż zachwytu.