← Strona główna

Reklama

Społeczeństwo / Budżet Obywatelski

Budżet Obywatelski przestał działać. Czas na nowy początek.

Ponad 200 niezrealizowanych projektów, zadania czekające od 2017 roku i zaledwie 8% mieszkańców biorących udział w głosowaniu. Czy Budżet Obywatelski w obecnej formule ma jeszcze sens?

Budżet Obywatelski przestał działać. Czas na nowy początek.

Gdybyście już dzisiaj wiedzieli, że projekt wybrany przez mieszkańców zostanie zrealizowany dopiero za osiem lat, nadal zagłosowałbyś w Budżecie Obywatelskim?

Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało. Być może nie było jednego momentu, jednej decyzji ani jednej źle przeprowadzonej edycji. Być może wydarzyło się to powoli, niemal niezauważalnie, gdzieś pomiędzy kolejnymi formularzami zgłoszeniowymi, głosowaniami, prezentacjami projektów i uroczystymi ogłoszeniami wyników. Mam jednak coraz większe przekonanie, że Budżet Obywatelski w Gdyni przestał być obywatelski. Brzmi przewrotnie, bo przecież mieszkańcy nadal mogą zgłaszać projekty i głosować. Mogą to robić praktycznie wszyscy - nawet kilkuletnie dzieci, bo regulamin nie wprowadza dolnej granicy wieku. Teoretycznie więc udział w podejmowaniu decyzji jest łatwiejszy niż kiedykolwiek wcześniej.

Tylko że z roku na rok korzysta z tego coraz mniej osób. W ostatniej edycji Budżetu Obywatelskiego zagłosowało około ośmiu procent mieszkańców Gdyni. Osiem procent! Trudno znaleźć drugi miejski program angażujący tak niewielką część społeczności, a mimo to wciąż przedstawiany jako jeden z najważniejszych przykładów lokalnej demokracji.

W tym miejscu pojawia się pytanie, którego od dawna unikamy. Czy problemem naprawdę jest niska frekwencja? Może niska frekwencja jest jedynie skutkiem czegoś znacznie poważniejszego? Coraz częściej dochodzę do wniosku, że mieszkańcy nie przestali głosować dlatego, że są leniwi, obojętni albo nie interesują się swoim otoczeniem. Przestali głosować, bo coraz trudniej uwierzyć, że ten głos rzeczywiście coś zmienia.

Wyobraźmy sobie prostą sytuację. Składamy projekt, przekonujemy sąsiadów, zdobywamy głosy, wygrywamy. Miasto publikuje listę zwycięskich zadań, pojawiają się grafiki, podsumowania i komunikaty o sukcesie kolejnej edycji. Mija rok, potem drugi, trzeci, piąty. W niektórych przypadkach nawet ósmy. A realizacji naszego pomysłu nadal nie ma. Trudno oczekiwać, że mieszkańcy będą z takim samym entuzjazmem angażować się w kolejne głosowanie, skoro poprzednie wciąż istnieje jedynie na papierze. Dzisiaj w miejskim wykazie znajduje się ponad dwieście niezrealizowanych projektów Budżetu Obywatelskiego. Są tam również zadania wybrane przez mieszkańców w… 2017 roku ( ! ). Oczywiście każde z nich ma swoją historię, jedne okazały się źle oszacowane, inne napotkały problemy formalne, jeszcze inne zderzyły się z rosnącymi kosztami inwestycji. Nie twierdzę, że wszystkie można było zrealizować szybciej. Problem polega na czymś innym - mieszkaniec nie ocenia procesu inwestycyjnego, on widzi tylko jedno - głosował. I nic z tego nie wynikło.

Dlaczego mieszkańcy przestali wierzyć w Budżet Obywatelski?

Coraz częściej słyszę również zarzut, że Budżet Obywatelski został zdominowany przez radnych dzielnic. I trudno się temu dziwić, bo to właśnie oni najlepiej znają procedury, potrafią przygotować dokumentację i wiedzą, jak przeprowadzić kampanię zachęcającą do głosowania. W praktyce oznacza to jednak, że coraz większa część projektów rodzi się nie podczas sąsiedzkich rozmów, ale w wąskim gronie dzielnicowych społeczników. Nie ma w tym nic złego, ale problem pojawia się wtedy, gdy zwykły mieszkaniec zaczyna odnosić wrażenie, że bez wsparcia rady dzielnicy jego pomysł ma znacznie mniejsze szanse na powodzenie. A przecież nie po to powstał Budżet Obywatelski.

Jego historia zaczęła się w brazylijskim Porto Alegre. Tam nie chodziło o internetowe głosowanie ani konkurs na najpopularniejszy projekt. Chodziło o rozmowę. Mieszkańcy spotykali się z władzami miasta i wspólnie ustalali, które inwestycje są najważniejsze. Istotą całego procesu było partnerstwo, a nie rywalizacja. Przez lata zgubiliśmy właśnie ten element. Dzisiaj Budżet Obywatelski przypomina bardziej konkurs projektów niż narzędzie wspólnego decydowania o mieście. Dlatego coraz częściej myślę, że zamiast kolejnej kosmetycznej zmiany regulaminu potrzebujemy odwagi, by zacząć od początku.

Mój pomysł na nowy Budżet Obywatelski

Wyobrażam sobie zupełnie inny model. Najpierw jednostki miejskie, na przykład Zarząd Dróg Miejskich, Ogrodnik Miasta, Gdyńskie Centrum Sportu, Zarząd Budynków i Lokali Komunalnych przygotowują listę inwestycji i działań, które realnie mogą zostać wykonane w ciągu najbliższych dwóch lat. Nie czterech, sześciu czy ośmiu lat. Dwóch maksymalnie. Następnie Laboratorium Innowacji Społecznej (jednostka odpowiedzialna za realizację BO) wspólnie z radnymi dzielnic weryfikują i porządkują listę według potrzeb dzielnicowych. Zamiast kilkudziesięciu przypadkowych projektów mieszkańcy otrzymują kilka dobrze przygotowanych propozycji inwestycyjnych i remontowych, kilka projektów społecznych oraz kilka zadań ogólnomiejskich. Wszystkie z kosztorysami, harmonogramami i gwarancją wykonalności. Mieszkańcy głosowaliby więc nie na obietnice, ale na projekty gotowe do realizacji. Dopiero wtedy rozpoczyna się głosowanie.

W takiej formule mieszkańcy nadal decydują, wybierają najważniejsze zadania dla swojej dzielnicy. Różnica polega na tym, że głosowaliby na projekty, które naprawdę mają szansę powstać, a nie na marzenia, które przez kolejne lata będą czekały na swoją kolej.

Koniec z konkursem na najlepszą kampanię

Jedną z największych zalet takiego rozwiązania byłoby wyeliminowanie większości ograniczeń związanych z promocją projektu. Dzisiaj regulamin Budżetu Obywatelskiego coraz bardziej przypomina zbiór zakazów i nakazów. Nie wolno prowadzić kampanii na terenie szkół, miejskich instytucji czy w określonych miejscach. Co kilka lat wracają dyskusje o tym, kto miał większe możliwości promocji, kto wykorzystał swoją funkcję społeczną, a kto zdobył przewagę dzięki znajomościom. Zamiast rozmawiać o projektach, coraz częściej rozmawiamy o zasadach prowadzenia kampanii.

W proponowanym modelu ten problem przestałby istnieć. Skoro mieszkańcy wybieraliby spośród kilku wcześniej przygotowanych i zweryfikowanych projektów dla swojej dzielnicy, nie byłoby potrzeby organizowania kosztownych kampanii promocyjnych ani wprowadzania kolejnych zakazów. Nie trzeba byłoby zastanawiać się, czy szkoła może zachęcać do głosowania, czy rada dzielnicy promuje jeden projekt bardziej od drugiego albo czy ktoś zdobył przewagę dzięki większym możliwościom organizacyjnym. Głosowanie wróciłoby do swojej pierwotnej roli – wyboru najważniejszych potrzeb mieszkańców, a nie konkursu na najlepiej przeprowadzoną kampanię.

Zaufanie jest ważniejsze niż frekwencja

Czy taki model jest idealny? Oczywiście, że nie. Każdy system ma swoje wady. Jestem jednak przekonany, że znacznie łatwiej odbudować zainteresowanie mieszkańców, jeśli za głosem będzie szła realna realizacja, a nie wieloletnie oczekiwanie. Być może największym błędem, jaki popełniliśmy przez ostatnie lata, było przekonanie, że sukces Budżetu Obywatelskiego mierzy się liczbą zgłoszonych projektów. Nie, ocenia się go poziomem zaufania.

Jeżeli mieszkańcy wierzą, że ich głos rzeczywiście coś zmienia, zagłosują. Jeżeli uwierzą, że wybrane inwestycje naprawdę powstaną, będą rozmawiać o Budżecie Obywatelskim z sąsiadami, rodziną i znajomymi. Jeżeli jednak kolejne zwycięskie projekty będą przez lata pozostawały wyłącznie pozycją w miejskim wykazie, żadna kampania promocyjna, żadne plakaty i żadne spoty nie odwrócą tego trendu.

Największym problemem Budżetu Obywatelskiego nie jest dzisiaj frekwencja. Jest nim utrata zaufania, które podobnie jak demokrację, buduje się znacznie dłużej, niż trwa jedno głosowanie.

Reklama

Najnowsze wpisy

Wszystkie wpisy →