← Strona główna
Miasto / Społeczeństwo

Młodzi nie wyjeżdżają z Gdyni przez brak mieszkań.

Między wierszami wyłania się obraz pokolenia, które nadal potrzebuje stabilności finansowej, ale coraz wyraźniej mówi również o jakości życia, możliwościach rozwoju, zdrowiu psychicznym, relacjach, kulturze czy czasie wolnym.

Młodzi nie wyjeżdżają z Gdyni przez brak mieszkań.

Od pewnego czasu mam wrażenie, że dorośli uwielbiają odpowiadać na pytania, których młodzi już dawno przestali zadawać. Nie dotyczy to wyłącznie rodziców, którzy z przekonaniem tłumaczą osiemnastolatkowi, jaki kierunek studiów zagwarantuje mu spokojną przyszłość.

Nie dotyczy wyłącznie pracodawców, którzy wciąż sądzą, że owocowe czwartki i karta sportowa wystarczą, by zatrzymać dobrego pracownika. Dotyczy również samorządów. Od lat słucham dyskusji o tym, jak zatrzymać młodych ludzi w miastach i coraz częściej odnoszę wrażenie, że wszyscy próbują odpowiedzieć na pytanie, którego nikt wcześniej nie zadał tym najbardziej zainteresowanym. W Gdyni ta dyskusja wróciła ze zdwojoną siłą podczas kampanii wyborczej. Przykładowo, kandydaci KORMiL (Koalicja Obywatelska Ruchy Miejskie i Lewica) mówili o budowie pięciuset mieszkań na tani wynajem, inni przekonywali, że młodych zatrzyma SKM kursująca co kilka minut albo prom łączący północne dzielnice z centrum. Jeszcze inni dorzucali kolejne inwestycje, remonty i pomysły na rozwój infrastruktury. Słuchałem tego wszystkiego z zainteresowaniem, bo trudno odmówić tym propozycjom sensu. Każda z nich rozwiązuje jakiś realny problem. Im dłużej jednak trwała ta dyskusja, tym częściej wracała do mnie jedna myśl - czy naprawdę wierzymy, że właśnie w ten sposób dwudziestopięciolatek wiąże z miastem swoją przyszłość?

Kilka miesięcy temu spotkałem znajomego, którego córka kończy studia. Rozmawialiśmy chwilę o tym, co planuje po obronie. Gdynia? Gdańsk? Warszawa? A może wyjazd za granicę? Ojciec, jak to ojciec, zaczął analizować ceny mieszkań, możliwości wynajmu i rynek pracy. W pewnym momencie córka przerwała mu jednym zdaniem. - Tato, ale ja nie wybieram mieszkania. Ja wybieram miejsce, w którym będę żyła.

Przyznam, że długo o tym myślałem. Nie dlatego, że było w tym zdaniu coś odkrywczego, wręcz przeciwnie, ono było boleśnie oczywiste. To my, trochę starsi, bardzo często sprowadzamy przyszłość młodych do tabelki w Excelu. Liczymy średnie wynagrodzenia, porównujemy ceny mieszkań, analizujemy czas dojazdu do pracy. Tymczasem młodzi znacznie częściej zaczynają od zupełnie innego pytania. Czy będę chciał tutaj wstać w sobotni poranek? Czy po pracy będę miał z kim wypić kawę? Czy znajdę ludzi, z którymi będę chciał budować swoje życie? Czy za dziesięć lat nadal będę czuł, że to jest moje miasto? To nie są pytania romantyczne, to są pytania bardzo praktyczne. Tyle tylko, że nie da się na nie odpowiedzieć liczbą nowych mieszkań.

Zacząłem więc szukać badań, które pokazywałyby, czy moje odczucia nie są przypadkiem wyłącznie efektem kilku rozmów. I rzeczywiście, raport „Stan Młodych 2025” przyniósł coś znacznie ciekawszego niż kolejne statystyki dotyczące rynku pracy. Między wierszami wyłania się obraz pokolenia, które nadal potrzebuje stabilności finansowej, ale coraz wyraźniej mówi również o jakości życia, możliwościach rozwoju, zdrowiu psychicznym, relacjach, kulturze czy czasie wolnym. Podobne wnioski od kilku lat publikują również analitycy OECD, zwracając uwagę, że miasta skutecznie przyciągające młodych ludzi nie koncentrują się wyłącznie na mieszkalnictwie. Budują przestrzeń, w której po prostu dobrze się funkcjonuje.

Właśnie tutaj zaczyna się moja wątpliwość dotycząca Gdyni. Nie potrafię oprzeć się przekonaniu, że od kilku lat rozmawiamy głównie o tym, jak w naszym mieście się mieszka, zamiast zastanowić się, jak się w nim żyje. To różnica pozornie niewielka, ale w praktyce fundamentalna. Mieszkanie jest adresem, życie jest wszystkim, co dzieje się pomiędzy wyjściem z domu rano a powrotem do niego wieczorem. To praca, ludzie, kultura, przestrzeń, emocje i poczucie, że właśnie tutaj chcemy spędzić kolejne lata. Dlatego z pewnym niepokojem obserwuję, jak łatwo sprowadzamy dyskusję o przyszłości miasta do liczb. Pięćset mieszkań. Kilka minut krótszy przejazd koleją. Nowa przeprawa przez kanał portowy. Oczywiście, to wszystko ma znaczenie. Tylko że coraz bardziej przekonuje mnie myśl, iż są to odpowiedzi na pytania, które dla młodych przestały być najważniejsze. Bo jeśli dziś dwudziestopięciolatek może pracować zdalnie dla firmy z Amsterdamu, projektować dla klienta z Oslo albo prowadzić własną działalność bez względu na miejsce zamieszkania, to miasta przestały konkurować wyłącznie ceną mieszkań czy liczbą nowych inwestycji. Zaczęły konkurować czymś znacznie trudniejszym do zbudowania, stylem życia.

Styl życia. To określenie brzmi trochę jak hasło z folderu reklamowego dewelopera, właśnie ono najlepiej opisuje zmianę, jaka dokonała się w ostatnich kilkunastu latach. Jeszcze niedawno miasta konkurowały głównie tym, co mogły zaoferować na starcie. Liczbą miejsc pracy, cenami mieszkań, dostępnością komunikacji czy poziomem wynagrodzeń. Dzisiaj coraz częściej wygrywają te, które potrafią odpowiedzieć na zupełnie inne pytanie - jak będzie wyglądało moje życie za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat, jeśli zdecyduję się zostać właśnie tutaj?

Kiedy zacząłem przeglądać strategie rozwoju miast uznawanych za jedne z najbardziej przyjaznych młodym mieszkańcom w Europie, uderzyło mnie, że praktycznie nigdzie nie zaczynają one opowieści od mieszkań. Owszem, mieszkalnictwo pojawia się niemal zawsze, ale nie jako cel sam w sobie. W Kopenhadze mówi się o mieście piętnastominutowym, w którym większość codziennych spraw można załatwić blisko domu. Eindhoven od lat buduje swoją pozycję wokół współpracy uczelni, biznesu i innowacji, dzięki czemu młody człowiek kończący studia widzi przed sobą nie tylko pierwszą pracę, ale również perspektywę rozwoju. Poznań coraz odważniej włącza młodych mieszkańców w planowanie miasta, wychodząc z prostego założenia, że trudno projektować przestrzeń dla ludzi, których nikt wcześniej nie zapytał o zdanie. Łączy je jeszcze jedna rzecz. Żadne z tych miast nie próbuje przekonać młodych wyłącznie tym, że dobrze się tam mieszka. Wszystkie starają się opowiedzieć historię o tym, że dobrze się tam żyje.

I właśnie tego zaczyna mi brakować w Gdyni. Kiedyś bardzo często słyszało się, że Gdynia jest miastem młodym. Nie dlatego, że średnia wieku mieszkańców była niższa niż gdzie indziej. Chodziło raczej o sposób myślenia, o odwagę i przekonanie, że tutaj łatwiej realizować pomysły niż oglądać się na innych. Przez lata to właśnie było największym kapitałem miasta. Nie wysokość budżetu, liczba inwestycji czy położenie nad morzem. Tylko pewien sposób opowiadania o sobie.

Dzisiaj tę opowieść gdzieś zgubiliśmy. Coraz częściej rozmawiamy o inwestycjach, jakby same w sobie miały stać się odpowiedzią na wszystkie problemy. Budujemy strategie wokół tego, co powstanie, ile będzie kosztowało i kiedy zostanie oddane do użytku. Tymczasem znacznie rzadziej próbujemy odpowiedzieć na pytanie, po co właściwie to robimy. Przecież mieszkanie nie jest marzeniem, jest narzędziem do realizacji marzeń. Tak samo jak nowa linia komunikacyjna czy kolejna inwestycja drogowa - one mają ułatwiać życie, ale same w sobie jeszcze go nie tworzą.

W samorządowej dyskusji pomyliliśmy środek z celem. Zachwycamy się liczbą wybudowanych mieszkań, a znacznie rzadziej zastanawiamy się, czy ludzie naprawdę będą chcieli w nich zostać na dłużej. Cieszymy się z kolejnych inwestycji, ale coraz rzadziej rozmawiamy o tym, czy dzięki nim Gdynia staje się miejscem bardziej inspirującym, bardziej twórczym, bardziej atrakcyjnym dla ludzi, którzy dopiero układają sobie życie. Być może właśnie dlatego coraz bardziej przekonuje mnie myśl, że największa konkurencja Gdyni wcale nie nie znajduje się za granicą. Nie jest nią Londyn, Oslo czy Amsterdam. Coraz częściej jest nią Wrocław, Poznań, Kraków, a nawet Gdańsk. Nie dlatego, że tam łatwiej kupić mieszkanie albo znaleźć pracę, dlatego, że te miasta skuteczniej budują przekonanie, iż właśnie tam warto planować swoją przyszłość.

Młodzi ludzie nie podejmują decyzji o wyjeździe jednego dnia, to proces. Najpierw pojawia się myśl, później porównanie, potem pierwsza rozmowa ze znajomymi, wysłane CV i wreszcie decyzja. Kiedy dochodzi do przeprowadzki, bardzo często wszystko zostało już dawno rozstrzygnięte. Miasto przegrało znacznie wcześniej, w chwili, kiedy przestało być naturalnym wyborem.

Dlatego nie jestem przekonany, że najważniejszym pytaniem dla Gdyni powinno być dziś to, czy wybudujemy pięćset mieszkań, siedemset czy tysiąc. O wiele bardziej interesuje mnie odpowiedź na pytanie, jaką historię chcemy opowiedzieć młodym ludziom o życiu w naszym mieście. Nie o adresie, liczbie pokoi czy czasie dojazdu do centrum. O życiu.

Najnowsze wpisy

Wszystkie wpisy →
Społeczeństwo
Gdynia na trzy godziny czy na trzy dni?

Gdynia na trzy godziny czy na trzy dni?

Gdynia przyciąga turystów pięknymi widokami, morzem i modernizmem. Problem pojawia się wtedy, gdy po kilku godzinach zwiedzania pada pytanie: co dalej? To felieton o niewykorzystanym potencjale miasta i potrzebie stworzenia atrakcji, dla których warto przyjechać tu specjalnie.

Społeczeństwo
Dar Młodzieży w Gdyni czy Szczecinie?

Dar Młodzieży w Gdyni czy Szczecinie?

Czy Dar Młodzieży powinien pozostać w Gdyni, czy po zakończeniu służby szkoleniowej trafić do Szczecina? Dyskusja o przyszłości legendarnego żaglowca stała się debatą o miejskiej tożsamości, historii i symbolach, które od dekad budują charakter polskich miast.