
Nie pomnikiem, lecz decyzjami uczcijmy pamięć o Franciszce Cegielskiej.
Gdynia mierzy się z problemami, których nie rozwiążą kolejne konferencje prasowe ani polityczne przepychanki.
Reklama

To właśnie tam są odpowiedzi na pytania ważne dla każdego mieszkańca. Ile pieniędzy pójdzie na szkoły, autobusy, drogi, pomoc społeczną i sprzątanie ulic? Dlaczego na jedne rzeczy pieniędzy wystarcza, a na inne ciągle ich brakuje? Spróbuję to wyjaśnić bez urzędniczego języka. Wyobraźmy sobie, że Gdynia ma do wydania 1000 zł. To nie jest prawdziwa kwota, tylko model. Pokazuje proporcje, czyli ile z każdego tysiąca idzie na co.
Budżet nie zaczyna się od listy zakupów, a od pytania, ile pieniędzy wpłynie do miejskiej kasy. Miasto nie może postanowić, że w przyszłym roku wyda dwa razy więcej tylko dlatego, że potrzeby są duże.
Dochody miasta to między innymi część podatku dochodowego, który płacimy (PIT), i część podatku od firm (CIT). Dochodzą do tego podatki i opłaty lokalne, dotacje i subwencje z budżetu państwa, pieniądze z funduszy zewnętrznych oraz wpływy ze sprzedaży miejskich nieruchomości.
Nie każdą złotówkę z tej kasy można wydać na dowolny cel. Część pieniędzy przychodzi z góry określonym przeznaczeniem, na przykład dotacja na konkretną inwestycję lub środki na odbiór odpadów komunalnych, czyli potocznie śmieci. Dopiero kiedy wiadomo, ile jest pieniędzy, układa się wydatki. Wtedy pojawia się podstawowy problem: potrzeb zawsze jest więcej niż pieniędzy.
Najłatwiej zauważyć to, co widać na ulicy: nową drogę, przebudowane skrzyżowanie, odnowiony park czy nową szkołę. To są inwestycje. Mają początek, harmonogram i efekt, który można obejrzeć. Miasto musi jednak działać codziennie, także wtedy, gdy niczego nowego nie otwiera. Trzeba opłacić szkoły i przedszkola, komunikację miejską, pomoc społeczną, oświetlenie ulic, wywóz śmieci, utrzymanie zieleni oraz instytucje kultury i sportu. Do tego dochodzą pensje pracowników miejskich jednostek, remonty i utrzymanie budynków, czyli wszystko, czego nie zauważamy, dopóki działa.
Dlatego budżet dzieli wydatki na dwie grupy. Wydatki bieżące to koszty codziennego działania miasta. Wydatki majątkowe to przede wszystkim inwestycje, czyli budowa i ulepszanie tego, co ma służyć przez lata. To uproszczenie, bo podziały są bardziej szczegółowe. Dobrze jednak pokazuje różnicę między opłacaniem rachunków a budowaniem czegoś nowego. Właściwa polityka budżetowa zaczyna się więc nie wtedy, gdy ktoś pokazuje listę inwestycji. Zaczyna się wtedy, gdy trzeba zdecydować, które potrzeby zostaną zaspokojone najpierw, a które muszą poczekać.
Krok pierwszy: rachunki czy inwestycje?
W uchwale budżetowej na 2025 r. Gdynia zaplanowała ok. 2,58 mld zł wydatków. Z tego ok. 2,32 mld zł to wydatki bieżące, a ok. 256 mln zł to wydatki majątkowe (źródło: uchwała budżetowa Gdyni na 2025 r.). W naszym modelu wygląda to tak: z każdych 1000 zł około 900 zł idzie na codzienne działanie miasta, a około 100 zł na inwestycje i inne wydatki majątkowe.
Krok drugi: na co idą pieniądze na codzienne działanie?
Teraz przyjrzyjmy się większej części, czyli wydatkom bieżącym. Do tego potrzebna jest ich struktura. Weźmy ją z budżetu na 2024 r., dla którego miasto opublikowało czytelne zestawienie procentowe. Z każdych 1000 zł wydanych na bieżące działanie miasta:
- 354 zł idzie na oświatę i wychowanie, czyli szkoły i przedszkola,
- 138 zł na pomoc społeczną i ochronę zdrowia,
- 132 zł na transport i łączność, w tym komunikację miejską,
- 91 zł na gospodarkę komunalną i ochronę środowiska, w tym odpady, zieleń i oświetlenie ulic,
- 84 zł na administrację publiczną,
- 38 zł na kulturę,
- 36 zł na gospodarkę mieszkaniową,
- 127 zł na pozostałe zadania.
Co z tego wynika? Jedna trzecia codziennych wydatków to szkoły i przedszkola. Tej pozycji nie da się mocno obciąć bez skutków dla uczniów, nauczycieli i rodziców. Podobnie jest z komunikacją, pomocą społeczną i utrzymaniem ulic. Tych wydatków nie można wyzerować, kiedy w budżecie robi się ciasno.
Jedno zastrzeżenie: liczby w obu krokach pochodzą z różnych lat (2025 i 2024). Traktujmy je więc jako przybliżenie, które pokazuje skalę, a nie jako dokładny rachunek.
Inwestycji nie finansuje się z tego, co zostanie po opłaceniu bieżących kosztów. Mają w budżecie osobne miejsce i własne ograniczenia. Wiele inwestycji trwa kilka lat, część wymaga wkładu własnego miasta, bez którego nie da się pozyskać pieniędzy z zewnątrz. Każda potrzebuje projektu, pozwoleń i przetargu. Wpisanie drogi do budżetu nie sprawi, że następnego dnia pojawią się na niej koparki. Nie zawsze można też po prostu przesunąć pieniądze z jednej pozycji do drugiej, bo środki bywają przypisane do konkretnego celu.
Mimo to mieszkańcy mają pełne prawo pytać, dlaczego jedne inwestycje idą szybko, a inne się opóźniają. Właśnie dlatego warto patrzeć nie tylko na łączną kwotę budżetu, ale też na konkretne zadania, terminy i to, co rzeczywiście zostało zrobione.
Deficyt oznacza, że miasto planuje wydać więcej, niż wyniosą jego dochody. Różnicę trzeba czymś pokryć, na przykład kredytem, obligacjami, wolnymi środkami albo nadwyżką z lat ubiegłych. Sam deficyt nie mówi jeszcze, czy budżet jest dobry, czy zły. Trzeba sprawdzić, skąd się bierze, jak zostanie pokryty i na co pójdą pieniądze. Co innego dług zaciągnięty na przemyślaną inwestycję, a co innego brak pieniędzy na codzienne działanie miasta. Liczy się też, ile miasto jest winne, ile kosztuje obsługa tego długu i czy kolejne budżety będą w stanie go spłacać.
Z nadwyżką jest podobnie. Może oznaczać dobrą kondycję finansów, ale może też znaczyć, że miasto nie zrealizowało tego, co zaplanowało. Dla mieszkańca ważne jest więc nie tylko to, ile miasto chce wydać, ale też to, co za te pieniądze naprawdę powstaje.
Budżet to zapis priorytetów miasta. Pokazuje, co władze uważają za najważniejsze, a co odkładają na później. Można się spierać, czy więcej pieniędzy powinno iść na komunikację, drogi, szkoły, zieleń, kulturę czy inwestycje w dzielnicach. Takie spory są naturalne, bo mieszkańcy mają różne potrzeby. Żeby jednak ta rozmowa miała sens, trzeba rozumieć, jak działa cały mechanizm.
Nie każdą złotówkę można wydać na dowolny cel. Nie każdą inwestycję da się zrobić w rok. Większy budżet nie oznacza też automatycznie, że miasto może proporcjonalnie więcej, bo równocześnie rosną koszty, które i tak musi pokryć.
Kiedy więc następnym razem usłyszymy, że Gdynia wydaje na coś kilkadziesiąt milionów złotych albo że na ważny projekt brakuje pieniędzy, zadajmy cztery proste pytania:
• Skąd pochodzą te pieniądze?
• Jakie inne wydatki trzeba z nich pokryć?
• Czy są przypisane do konkretnego celu?
• Co mieszkańcy dostaną w zamian?
Budżet nie jest dokumentem wyłącznie dla skarbnika, radnych i urzędników. To plan wydawania wspólnych pieniędzy. Im lepiej go rozumiemy, tym trudniej sprowadzić rozmowę o finansach miasta do haseł i wzajemnych oskarżeń. A nasze symboliczne 1000 zł? Lekcja jest prosta, nie wystarczy wiedzieć, ile jest w kasie. Trzeba jeszcze wiedzieć, na co te pieniądze są przeznaczone, jakie potrzeby muszą pokryć i które decyzje pozwolą najlepiej wykorzystać każdą złotówkę.
Reklama
Reklama
Reklama

Gdynia mierzy się z problemami, których nie rozwiążą kolejne konferencje prasowe ani polityczne przepychanki.

Dlatego dziś z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że chcę współtworzyć Kocham Gdynię, zachęcać do tego innych i brać odpowiedzialność za to, w jakim kierunku pójdziemy.

Od kilku dni wiemy, że przyszły związek metropolitalny na Pomorzu ma nosić nazwę „Gdański Obszar Metropolitalny”. Ma rozpocząć działalność 1 stycznia 2027 roku i objąć 61 samorządów.