Polityka zawsze miała w sobie pierwiastek emocji. Spór, starcie wizji, nawet ostrą wymianę zdań. Problem zaczyna się wtedy, gdy emocje przestają być paliwem debaty, a stają się jej jedyną treścią. W ostatnich latach obserwujemy nie tyle brutalizację języka w polityce, co jego kompletną degradację. Przewidywalność ustępuje chaosowi, argumenty – inwektywom, a przygotowanie merytoryczne – improwizacji rodem z podwórkowej kłótni.
Zjawisko nie ma jednej twarzy ani jednego kraju. W Stanach Zjednoczonych Donald Trump zbudował swoją polityczną markę na stylu, który dla jednych był „autentyczny”, dla innych – zwyczajnie prymitywny. Prosta, często agresywna narracja, skracanie myśli do haseł, podkręcanie konfliktu. Zamiast sporu o rozwiązania – spór o to, kto kogo mocniej obrazi. Ten model komunikacji okazał się skuteczny wyborczo, co tylko przyspieszyło jego eksport do innych krajów i poziomów polityki.
W Polsce podobny trend nie jest już marginesem. Wulgaryzmy, wybuchy złości, publiczne „jechanie po przeciwnikach” – to nie incydenty, lecz coraz częściej element stałego repertuaru. Politycy uczą się, że im ostrzej, tym lepiej się klika. Im bardziej bezpośrednio i „po chłopsku”, tym większa szansa na viral. Problem w tym, że polityka nie jest stand-upem ani ringiem MMA. A jednak coraz częściej tak właśnie wygląda.
Na poziomie krajowym ten styl widać w wypowiedziach osób takich jak Karol Nawrocki, które chętnie sięgają po ostrą, konfrontacyjną retorykę. Nie chodzi nawet o konkretne zdania, lecz o ton: zero niuansu, maksimum polaryzacji. W takim klimacie kultura debaty staje się zbędnym luksusem, a przygotowanie – stratą czasu. Liczy się tempo reakcji i siła uderzenia.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ten styl spływa na poziom samorządów. Tam, gdzie decyzje dotyczą chodników, szkół, budżetów obywatelskich i jakości życia mieszkańców, standardy powinny być wyższe niż w ogólnopolskim sporze partyjnym. Tymczasem bywa odwrotnie.
Przykład z Gdyni jest tu aż nadto wymowny. Radny Żynis znalazł się w sytuacji, w której musiał publicznie przepraszać za swoje wulgaryzmy. Sam fakt przeprosin jest oczywiście krokiem w dobrą stronę, ale rodzi pytanie: jak do tego w ogóle doszło? Od radnego miasta – osoby pełniącej funkcję publiczną w bezpośrednim kontakcie z mieszkańcami – wymaga się szczególnej kultury. To nie jest internetowy komentarz pod artykułem ani prywatna rozmowa przy piwie. To mandat zaufania publicznego.
Jeśli radny pozwala sobie na język, który bardziej pasuje do kłótni pod blokiem niż do sali obrad, to sygnał idzie w świat: standardy się obniżyły. A gdy standardy się obniżają, obniża się też zaufanie do instytucji. Mieszkańcy mają prawo oczekiwać, że ich reprezentanci będą potrafili panować nad emocjami i językiem – nawet w sporze.
Do tego dochodzi drugi problem: zwykłe niechlujstwo w przygotowaniu do pracy. Na jednej z sesji rady miasta radny Strzałkowski nie był w stanie sprawnie odczytać laudacji z kartki. To może wydawać się drobiazgiem, ale w istocie jest symbolem większego zjawiska. Jeśli ktoś nie przygotowuje się do wystąpień, nie zna materiałów, improwizuje na bieżąco, to trudno oczekiwać, że będzie rzetelnie pracował nad uchwałami czy budżetem.
Polityka lokalna nie potrzebuje showmanów ani „charakternych gości od mocnych słów”. Potrzebuje ludzi, którzy czytają dokumenty, rozumieją konsekwencje decyzji i potrafią rozmawiać bez uciekania się do wulgaryzmów. Mieszkańcy nie wybierają radnych po to, by oglądać spektakl emocji, tylko po to, by ktoś kompetentnie reprezentował ich interesy.
Problem z brutalizacją języka polega na tym, że szybko się normalizuje. Najpierw szokuje, potem śmieszy, a w końcu przestaje kogokolwiek dziwić. I właśnie wtedy robi się naprawdę groźnie. Bo jeśli chamstwo staje się standardem, to kultura zaczyna być traktowana jak słabość.
Nie chodzi o to, by politycy byli idealni czy mówili wyłącznie językiem urzędowych komunikatów. Chodzi o minimum, o świadomość, że słowo publiczne ma wagę. O przygotowanie do sesji, wystąpień i decyzji. O zrozumienie, że mandat radnego to nie przepustka do bycia „najgłośniejszym w pokoju”, tylko zobowiązanie do bycia najbardziej odpowiedzialnym.
Od Trumpa, przez krajowe podwórko, po salę obrad w Gdyni widać jeden wspólny trend: im mniej treści, tym więcej hałasu. Pytanie brzmi, czy wyborcy w końcu powiedzą „dość” i zaczną premiować nie tych, którzy krzyczą najgłośniej, ale tych, którzy są najlepiej przygotowani? Bo polityka, wbrew pozorom, nie musi być brutalna, by być skuteczna. A kultura osobista i wiedza wciąż nie jest oznaką słabości – tylko profesjonalizmu.